[EN] Why I started a new blog?

The answer to the question in the title is basically quite simple. For several years, more or less will be our pleasure publish reviews of records, which I listen. They have accumulated quite a bit – most of you will find on the portal ArtRock.pl – but the specifics of that site does not allow me to publish anything. This blog primarily so I would like to keep those records, and from time to time, place new, going beyond the scope of the home site. I hope that here you will find pleasure reading my tales, or just opinions.

Date of publication on the blog corresponds to the date of publication to the home site, or if the actual date of such publication was not previously. Feel free to comments.

Odpowiedź na pytanie zawarte w tytule jest w zasadzie dość prosta. Od kilku lat z większą lub mniejsza przyjemnościa publikuję recenzje płyt, których słucham. Uzbierało się ich całkiem sporo – większość znajdziecie na portalu ArtRock.pl - jednak specyfika tamtego portalu nie pozwala mi na publikowanie wszystkiego.

Tym blogiem chciałbym więc przede wszystkim zachować tamte wpisy, oraz od czasu do czasu zamieścić nowe,czasem wykraczające poza zakres tematyczny macierzystego serwisu.  Mam nadzieję, że i tu znajdziecie przyjemność czytania moich opowiastek, czy też opinii.

Data publikacji na blogu odpowiada dacie publikacji na macierzystym serwisie, lub dacie rzeczywistej jeśli takiej publikacji wcześniej nie było. Zapraszam do komentarzy.

Właśnie ukazał się nowy czterdziesty dziewiąty już numer dwumiesięcznika Jazzi Magazine. Dołączona jest do niego płyta. Zapewne zapytacie, dlaczego w tym miejscu pojawia się recenzja płyty, która niewiele ma z tematyką portalu? Cóż. Powodów jest kilka.

Pierwszy: płyta zawiera kompozycje wybrane i zagrane przez Leszka Możdżera, jednego z najbardziej znanych naszych pianistów i Muzyka. Muzyka przez duże M, gdyż nie zamyka się on tylko w działaniach stricte jazzowych (Miłość, Zbigniew Namysłowski Trio), lecz również znany jest na polu muzyki filmowej (współpraca z Janem Kaczmarkiem dla wytwórni Miramax i 20th Century Fox), realizuje się teatralnie (Hair – Love, Rock Musical dla Teatru Muzycznego w Gdyni czy Psychosis dla teatru w Duesseldorf’ie). Jest również kompozytorem muzyki do pierwszej na świecie trans opery według Snu Nocy Letniej Williama Szekspira.

Drugi: kompozycje Fryderyka Chopina, którego nie trzeba nikomu przedstawiać; bo choć nie wszyscy lubią jego muzykę, to każdy z nas uczył się o nim w szkole.

Trzeci: jest to pierwsza płyta Leszka Możdżera wydana pod własnym nazwiskiem, stanowi, więc jakby przepustkę do świata słuchaczy i swoisty egzamin do świata muzyki.

Czwarty: wartość kolekcjonerska płyty, która w tym wydaniu ma rozszerzony pod tytuł: „Limited United States and Japan only Edition 2005”

Powodów jeszcze kilka bym znalazł, jednakże chciałbym przekazać kilka słów o samej muzyce. Płyta jest porażająca. Nagrana w roku 1994, choć propozycja, by ta płyta powstała padła od Stanisława Sobóli (szefa Polonii Records) pojawiła się już w lutym 1993. Leszek Możdżer, choć zgodził się z radością, po chwili zadrżał: Chopin na jazzowo? Ratunku!. Mimo obaw udało się jednak w ciągu trzech dni (między kwietniem i sierpniem), przy współpracy Tomasza Stańko i Zbigniewa Namysłowskiego nagrać cały materiał.

Jeśli jednak spodziewacie się muzyki Chopina to tu jej nie znajdziecie, jeśli zaś spodziewacie się jazzu to… również nie. Przynajmniej nie dosłownie. Więc dlaczego powinniście jej posłuchać? Właśnie z powodu wymienionego w poprzednim zdaniu. Ta płyta to hybrydowa mieszanka dwóch kompletnie odmiennych od siebie gatunków muzycznych. Jest tu dwanaście utworów Fryderyka Chopina zaaranżowanych w przedziwny sposób. Nie są to przeróbki, – co według Leszka Możdżera byłoby szmirą i świętokradztwem. Chopin jest tu albo zakamuflowany Preludium As Nr 26, stanowiąc przyczynek do własnych dźwięków Możdżera, albo widoczny jak na dłoni bez prawie żadnych zmian Mazurek C op. 24 Nr 2.

Poza tym są tu trzy kwadranse pięknych, mocnych i bardzo uczuciowych dźwięków wychodzących spod palców pieszczących i bijących klawisze doskonale nastrojonego fortepianu. Znajdziemy tu wesołość Etiuda Ges op. 25 Nr 9, nostalgię Mazurek A op. 17 Nr 4, chwilę zastanowienia nad życiemNokturn G op. 15 Nr 3 i żart Etiuda A op. 25 Nr 4. Dodatkowo dwa utwory to standardy, w których Leszek Możdżer odnalazł Chopina, są to: My Secret Love Fain-Webstera oraz Segments Charlie Parkera, odpowiednio w Preludium As Nr 26 i Etiudzie A Op. 25 Nr 4.

Nie można też zapomnieć o gościach, którzy użyczyli swoich umiejętności w utworach Nokturn F Op. 15 Nr 1 – Second Version – Tomasz Stańko oraz Mazurek G Op. 24 Nr 1 – Zbigniew Namysłowski. W tym ostatnim słychać tak duże zbliżenie do Jana Garbarka (z płyty chociażby Visible World), że musiałem ją włączyć w następnej kolejności.
Podsumowując – pozycja obowiązkowa.

Ach, zapomniałem dodać: cena za płytę w kartonikowej obwolucie z dodatkowym sześćdziesięciostronicowym pismem gratis (!) to tylko 16,90 PLN (Europe 10 EURO, USA 10 USD). Co jest w odróżnieniu od Classic Rocka jest właściwie dobraną ceną (UK 3,99 Ł, Poland 36,90).

UTWORY:
01. Mazurek C op. 24 Nr 2 [03:17]
02. Nokturn F op. 15 Nr 1 [05:23]
03. Etiuda Ges op. 25 Nr 9 [01:34]
04. Nokturn G op. 15 Nr 3 [05:22]
05. Mazurek A op. 17 Nr 4 [02:49]
06. Preludium As Nr 26 (My Secret Love) [03:04]
07. Preludium A Nr 7 [03:08]
08. Etiuda A op. 25 Nr 4 (Segments) [02:57]
09. Mazurek F op. 68 Nr 3 [05:10]
10. Nokturn F op. 15 Nr 1 (2nd Version) [02:54]
11. Nokturn Fis op. 48 [04:28]
12. Mazurek G op. 24 Nr 1 [05:16]
 
Całkowity czas: 46:15

ZESPÓŁ:
Leszek Możdżer – piano
Zbigniew Namysłowski – saxophone
Tomasz Stańko – trumpet

NOTKA:
* WYDAWNICTWO: Polonia Records   
* ROK: 2005
* GATUNEK: Jazz, Classic, Experimental, Improvisation
OCENA:
10 Arcydzieło.
PIERWSZA PUBLIKACJA:
Portal ArtRock.pl

Digg This

[PL] Spock’s Beard – Octane

Najnowszy, od dłuższego czasu oczekiwany przez fanów album zespołu Spock’s Beardzatytułowany OCTANE, był również albumem oczekiwanym przeze mnie. Z kręgu przyjaciół dochodziły mnie wieści, że „ON powinien mi się spodobać”. Okładka przedstawiająca dystrybutor paliwa koncernu „S-B”, dystrybutor, z którego można sobie nalać paliwa oznaczonego cyfrą 8. Więc zatrzymajmy się na chwilę, zatankujmy naszą amerykańską rakietę i ruszajmy w długą, długa podróż.
Płyta składa się z dwunastu utworów i jakby dwóch części:

CZĘŚĆ PIERWSZA
Suitę - A Flash Before My Eyes -, która trwa prawie trzydzieści dwie minuty, otwiera piękny psychodeliczny początek prelude to the past (jedna z trzech części) utworu The Ballet Of The Impact. Pojawiają się tu klawisze tak charakterystyczne dla psychodelicznych klimatów z płyt, jakie ukazywały się w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, do tego dochodzi frapująca gitara i prosta, choć konkretna sekcja perkusyjna. Sam utwór chwilę później się uspokaja i pojawia się bardzo przyjemny głos Alana Morse’a.

As a blizzard of my memories
Lights up like fireflies
In the sliver of an instant
In a flash before my eyes…

I Wouldn’t Let It Go to bardzo spokojny utworek, który jeszcze bardziej niż poprzedni zachęca do wysłuchania tej płyty w spokoju – innymi słowy „do jazdy dalej przez bezkresne przestrzenie”. Warto wczytać się tu w historię opowiadaną na kartach książeczki. To prawie pięć minut, gdzie można to zrobić, gdyż, kiedy zabrzmi Surfing Down The Avalanche będzie bardzo ostro, progresywnie i niepokojąco. Załamane rytmy, krzyczący wokal i szybkie tempo – doskonała mieszanka. Gdzieś w zakamarkach muzycznej pamięci pobrzmiewają mi echa Alice In Chains, choć może to być tylko moje odczucie. Tytuł następnego utworu She Is Everything spodobał się bardzo mojej żonie i z pewnością podobać się będzie innym przedstawicielkom płci pięknej. Spodobał się jej również sam utwór i ta ciekawa linia wokalu oraz porażająca, przepiękna solówka wznosząca się ponad ziemski grajdołek.

She is everything
The sacred, the pure
The fix, the addiction,
The vision, the cure
She rings down the years
’Round the corners we turned
An ember still burns to this day
But now it’s all fading away
She is everything

Po nim następują dwa krótkie utwory Climbing Up That Hill oraz Letting Go (który jest przestrzenią Okumoto), które same w sobie nie są złe, a dla mnie są momentem oddechu i zastanowienia się nad tekstami. Takie „pięć minut przerwy” przed ostatnią częścią suity. Of The Beauty Of It All to dla mnie jeden z najpiękniejszych utworów na tej płycie. Jest perfekcyjnie zagrany, idealnie wręcz z moimi wyobrażeniami o muzyce progresywnej i jednocześnie możliwej do wysłuchania w szerszym gronie. Wprawdzie nie pojawi się w komercyjnej stacji radiowej, lecz jest z pewnością bardziej „słuchalny” niż utwory grupy Mars Volta. Rozpoczyna się spokojnym śpiewem i lekką sekcją, pojawiają się wspominki do Transatlantic, podniebne przestrzenie, by po chwili rytm się załamał, pojawiła się ciemna strona mocy, opętana perkusja, poszarpana wczesno- floyd’owska gitara, Trąby Jerychońskie, i monstrualne, patetyczne zakończenie, które mogłoby być zakończeniem całej płyty.
Cała suita opowiedziana tekstami utworów, a także komentarzem wokalisty, jest opowieścią o dzieciństwie, Świętym Mikołaju, czasach szkolnych, najpiękniejszej dziewczynie w klasie, dzieciach, rodzinie, ciężkiej pracy i ciągłej podróży. Warto się w nią wczytać i wsłuchać.

CZĘŚĆ DRUGA
Przebrzmiały echa suity i nastało kilka sekund ciszy. Rozpoczyna się następna historia. Tym razem będziemy mieli do czynienia z pięcioma (teoretycznie) niezależnymi od siebie utworami. NWCprzepiękny, strasznie crimson’owski utwór, zawierający poszarpane dźwięki, mocny bas i dziwne, wciągające solówki gitary i klawiszy. Nick pokazuje tu swój potencjał perkusyjny i nie wiem już, kogo chciałbym zobaczyć na wrocławskim festiwalu perkusyjnym; jego czy aktora Teatru Marzeń Mike’a. Po nim następuje akustycznie rozpoczynający się There Was A Time z lekko szkockim rytmem bębnów. Mocny, o ciekawym brzmieniu (ze względu na gitarę akustyczną) utwór. Przypomina mi trochę płytęPornograffitti grupy Extreme z roku 1990 (czy ktoś ją jeszcze pamięta?). The Planet’s Humrozpoczyna się basowym pasażem, do którego dochodzi lekka gitara akustyczna i śpiew fletu. Lecz tylko przez pierwszą minutę, potem… dostajemy w głowę zmasowanym atakiem przesterów, klawiszy Hammonda i bębnów. Zaskakuje nas też śpiewane (a raczej wyrzucone w naszym kierunku) przez zęby słowa, które nie brzmią zbyt miło.

Living life at ease
He tries to keep it straight
Filling all the cracks
Unlocking all the gates
Heart – Style – Grace
He gives a little back
Makes it very nice
Never runs away
Rolls his dirty dice

Kolejny utwór Watching The Tide jest drugim na tej płycie utworem, który bardzo się spodobał mojej żonie. Myślę, że można by go spokojnie emitować w radio, nawet z dedykacją dla zakochanych. Jest bardzo… kołyszący. Kończący płytę As Long As We Ride jest prawie najdłuższym na tej płycie (poShe Is Everything) i choć trwa tylko pięć i pół minuty jest niesamowity. Doprowadza nas do końca tej prawie godzinnej podróży i na sam, samiuteńki koniec przekazuje nam pełne radości, energetyczne przesłanie na dalszą drogę. Muzycznie dzieje się w nim bardzo wiele, różne style, formy, przestrzenie i radość podróżowania. Pozostaje nam tylko zatankować i …

As long as we ride
Readin’ the road
Doesn’t even matter
Where we’re gonna go
Cheatin’ signs
Jumpin’ our load
Sittin’ in the back
Sayin’ something funny
And we’ll all be doin’ fine
As long as we ride

UTWORY:
A Flash Before My Eyes (01-07) [05:34]
01. The Ballet Of The Impact:
I. Prelude To The Past
II.The Ultimate Quiet
III. A Blizzard Of My Memories
02. I Wouldn´t Let It Go [04:53]
03. Surfing Down The Avalanche [03:43]
04. She Is Everything
I. Strange What You Remember
II. Words For Forever [06:46]
05. Climbing Up That Hill [03:31]
06. Letting Go [01:52]
07. Of The Beauty Of It All [04:33]
I. If I Could Paint A Picture
II. Into The Great Unknowable
08. NWC [04:16]
09. There Was A Time [04:58]
10. The Planet´s Hum [04:42]
11. Watching The Tide [05:07]
12. As Long As We Ride [05:35]
 
Całkowity czas: 55:55

ZESPÓŁ:
Nick D’Virgiliolead & backing vocals, drums, percussion, loops, electric & acoustic guitars
Alan Morsesix and twelve-string electric & acoustic guitars, theremin, saw, vocals
Dave Merosbasses
Ryo Okumotokeyboards

SPECIAL GUESTS:
* Strings on 02, 07 and 11 performed by The Section Quartet
Eric Gorfainviolin
Daphne Chenviolin
Leah Katzviola
Richard Doddcello
*Horns on 01 and 07 performed by
Gina Ballinafrench horn
Johnnie Cornofrench horn
Ramon Florestrumpet
Molly Pasuttivoices
John Boegeholdambience, sounds, voices

NOTKA:
* WYDAWNICTWO: Inside Out  
* ROK: 2005
* GATUNEK: Progressive Rock
OCENA:
7 Dobry, zasługujący na uwagę album.
PIERWSZA PUBLIKACJA:
Portal ArtRock.pl

Digg This

[PL] Millenium – Interdead

PROLOGUE: 1:21 A.M.;
Adrian’s real life begins at that very hour.
Having lived for five years in two worlds he finally chose the virtual one.
Real life is only a digital garnę for him,
because for a few years he has believed only in the WORLD OF THE INTERNET!!!
here he’s the hero, the winner and the safe obsewer.
He’s the TOTAL MASTER.
Once again he begins his adventure pressing the keys "www"…..
But this fime he Will experfence something more………..

Najnowszy album zespołu Millenium zatytułowany Interdead jest piątym dzieckiem zespołu w ciągu sześcioletniej działalności. Jest to zarazem drugi album koncepcyjny, co jest dośc smiałym posunięciem. Wiemy przcież, że nie nagrywa sie ich zbyt często. Płyta została zarejestrowana w studiu Ryszarda Kramarskiego – lidera zespołu – w czasie od września 2004 do lutego 2005 roku. Po chwilowej przerwie do zespołu powraca Piotr Płonka – stary gitarzysta zespołu. Tak więc mamy tu do czynienia z najbardziej reprezentatywnym składem Millenium.

Płyta opowiada historię Adriana, człowieka uzależnionego od intenetu, człowieka, dla którego rzeczywistość nie jest realna, za to realnym jest świat wirtualny. Żyje tylko dzięki danym napływającym z sieci, gdzie jest bohaterem, zwycięzcą a czasem tylko bezpiecznym obserwatorem. Gdzieś zagubił swoje człowieczeństwo, swoją ludzką jaźnię, będąc uzależnionym od bitów i litery W… WWW. Na płytę składa się się jedenaście kompozycji, z których dwie ostatnie tworzą mini suitę. Płytę rozpoczyna Prolog połączony z Insomnia. NIe dało się oczywiście uciec od typowych dla internetu dźwięków – czyli śpiewu modemu telefonicznego, choć dziś słyszanego już coraz rzadziej. Pojawia się sekcja, z całkiem przyjemną linią saksofonu. Potem zaczyna spiewać Łukasz Gałęziowski. Muszę przyznać, że im więcej śpiewania tym lepiej dla odbiorców. Śpiewa czysto, z ciekawym tembrem głosu, co zaś najważniejsze; sam układa teksty i dopasowuje do nich melodie (lub odwrotnie – co dla efektu końcowego nie ma znaczenia). Wszystko jest dość dobrze zgrane ze sobą. Gamblerprzypomina mi czasy z początków zainteresowań komputerami – ZX Spectrum Plus przywieziony z Niemiec, potem Commodore 64. Ciekawym utworem jest Destiny, nostalgiczny i zarazem mocny swoim brzmieniem. Tu jest blisko do Pink Floyd, czy do starego Marillion. Zresztą odwołań do klasycznych już zespołów z kręgu dobrego rocka jest tu dużo więcej. Znajdziemy zarówno Pink Floyd, Marillion, Genesis jak i Black Sabbath czy Led Zeppelin. Choć nie ma tu typowych zapożyczeń, a tylko lekkie inspiracje, takich dźwięków jest dużo w Lady czy Demon

Come on come on come on
You know you’re not the only one

I’m not a fool do you really want the demon, too
I’m not a fool do you really want him, too

Madman to pieśń, krzyk rozpaczy szaleńca. Sam utwór jest dość psychodeliczny. Pojawia się tu cykanie metronomu, pięknie brzmiący saksofon i fantastyczna solówka Piotra. Zdecydowanie najlepszy utwór na tej płycie. Tylko czemu jest tak krótki? Doskonałym dopełnieniem jest dwuczęściowa minusuita Burning Part I&II. Na końcu znów słyszymy głos narratorki i śpiew modemu.

Na zakończenie słów kilka o produkcji, gdyż w tym sensie jestem pewnym fetyszystą. Wydanie płyty ma dla mnie duże znaczenie, więc… Dobrze nagrana płyta. Bardzo miłym zaskoczeniem jest stale podnoszona jakość samego wydawnictwa LUNX MUSIC. Dwunastostronicowa książeczka (wreszcie równo zszyta) z grafiką i tekstami w języku angielskim, a także dodatkowa czterostronicowa wkładka z polskimi tłumaczeniami. Coraz lepiej. Tak trzymać. Jest też niespodzianka, która może odrobinkę rozczarować. Każdy wytuł w książeczce jest zapisany w schemacie: www.TYTUŁ.millenium.pl, np.: www.DEMON.millenium.pl – niestety są to adresy wirtualne, a szkoda – bo gdyby zespół posiadał taką stronę i połączył adresy z książeczką, mogłyby wyjść z tego interesujące historie.

EPILOGUE: 8:12 A.M.
On the background of the soft white walls
Adrian’s face didn’t make any contrast
Only the glass of water and three colourful pills
caught his dull view
This time he has gone too far –
the hero, the winner, the safe observer?
Or the slave of THE WORLD OF INTERNET!!!
If he doesn’t understand it himself he will not leave
the white square anymore.
………maybe he’s already chosen his WORLD!!!

UTWORY:
01. Insomnia (Bezsenność) [05:18]
02. Gambler (Gambler) [05:35]
03. Veedeeo (Widzę) [05:28]
04. Light (Światło) [05:21]
05. Destiny (Przeznaczenie) [05:27]
06. Lady (Dama) [05:30]
07. Demon (Demon) [07:19]
08. Canto (Pieśń) [06:40]
09. Madman (Szaleniec) [06:35]
10. Burning Part (Płonę Część) I [04:54]
11. Burning Part (Płonę Część) II [03:27]
 
Całkowity czas: 61:32

ZESPÓŁ:
Łukasz Gallwokal
Tomasz Paśkoperkusja
Ryszard Kramarskiklawisze i loopy
Piotr Płonkagitary
GOŚCINNIE:
Sabina Godulanarracja, chórki
Aretha Chmielsaksofon altowy
Krzysztof Wyrwabas, Chapman stick

NOTKA:
* WYDAWNICTWO: Lynx Music
* ROK: 2005
* GATUNEK: Progressive Rock
OCENA:
6 Niezła płyta, można posłuchać.
PIERWSZA PUBLIKACJA:
Portal ArtRock.pl

Digg This